Obrazy, czy też same fotografie z różnych konfliktów, tragedii, oglądam w tysiącach. Wciąż powracają w kolejnych artykułach, w wiadomościach, w konkursach fotograficznych. Głosy o nasilającej się znieczulicy wciąż słychać – im więcej tych obrazów tragedii oglądamy, tym bardziej stajemy się wobec nich obojętni. O tym pisała również Susan Sontag: „Cierpieć to jedno; żyć z fotograficznym zapisem cierpienia, co niekoniecznie budzi sumienie czy zdolność współczucia – to co innego. Kiedy się już widziało takie zdjęcia, wkroczyło się na drogę, przy której obejrzeć można więcej. Obrazy paraliżują. Obrazy znieczulają. Zdarzenie poznane dzięki fotografii z pewnością stanie się bardziej rzeczywiste niż w przypadku, gdyby takich zdjęć nie oglądano. Wystarczy pomyśleć o wojnie wietnamskiej albo o archipelagu, z którego nie mamy żadnych zdjęć. Z drugiej strony, jeżeli oglądamy zbyt wiele fotografii jakiegoś wydarzenia, zaczynamy traktować je jako coś niemal nierealnego.” [1]
Konkursy przyzwyczaiły nas do słaniających się sylwetek z zapłakanymi twarzami, do rąk okrywających oczy, do martwych ciał śpiących na ziemi, czerwonych plam krwi, czy celowania w kogoś bronią. Przyzwyczaiły nas do krzyku, którego nie słychać, do drgania ziemi, którego nie czuć. Obrazy wyróżnione wiszą cicho w salach wystawowych. Pojawiają się jako ilustracje, nieme komentarze. Są, jak obiekty naznaczone bólem, którego nie można poczuć. Przechodząc obok nich coraz częściej są tylko kolejną fotografią. Zastanawiam się, dlaczego?
Dlaczego coś, co ma odzwierciedlać rzeczywistość, okropne zdarzenia, które działy się i dzieją, nie wzrusza mnie? Może to wina językowego chaosu fotografii, na których zawarto mnóstwo elementów – widzę tłumy ludzi, twarze, gesty, ubrania, krew, rany, ulice, samochody, ogień, budynki – wszystko to w chaosie, który mnie paraliżuje, ale nie dotyczy. Próbuję wyciągnąć z tych fotografii coś, co wyrwie mnie z paraliżu, coś, co potrafi tylko nieruchomy obraz. Nie udaje się prawie nigdy. Czyżby i mnie dopadła ta choroba odbiorcy obrazów?
Kilka miesięcy temu, jak dobrze pamiętam, znalazłam w sieci Internetu fotografię – kolejną z tysiąca tych o tragedii, konflikcie. Nie pamiętam dokładnie, którego konfliktu dotyczyła, z którego miejsca na Ziemi pochodziła. Pamiętam tylko obraz.
Na pierwszym planie zarysowywała się czarna plama, za nią zaś widniał mężczyzna. Jego półprzymknięte oczy i zmarszczki ściągające skórę wokół ust sugerowały krzyk. Ramiona uniesione ku górze trzymały kurczowo czarną plamę z pierwszego planu. Gdzieś za nim ludzie, zarysy, szarości mgliste. I ta czarna plama – kształt przypominający dziecko, niemowlę. Czy było zwęglone? Nie pamiętam. Było już tylko czarną plamą, wspomnieniem i przypomnieniem, kształtem przypominającym. Piktogramem, znakiem. Było tym jednym człowiekiem i wszystkimi tymi, którzy przeminęli.
Przeraża mnie to, jak bardzo powierzchnia fotografii jest płaska.
____________________
[1] Susan Sontag, O fotografii, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986, s. 24
Morze to ot spowodu zadurzości obraskuw obglondanych. Rurznych.
Ty wiesz, Boraksie.
jesteśmy codziennie znieczulani. stąd się bierze ogólna znieczulica na wszystko. znieczulani na czyjeś tragedie, znieczulani na myślenie, znieczulani na wszystko, co burzy spokój. i tylko refren brzmi w uszach ‘bo tutaj jest jak jest, po prostu, i ty dobrze o tym wiesz’…
[do kolegi boraksa: maniera manierą, ale kurcze pewne zasady jednak w języku obowiązują, no chyba, że na to też mam się znieczulić]
Do Pana Monsuna. Nie oczczulaj sie. Pozostaj ze sobą i zez refrengiem. Aja ze sobą.
Posdrawiam Ciebie.
Ja tesz mam i posiadam zasady. Tylkorze inne. Częjściowo.