PWŚCPSN 11

 

Przyjechaliśmy na działkę, poza Trójmiasto.

  Wstaliśmy dość późno, więc jechaliśmy z przekonaniem, iż dziś będziemy tylko spacerować. Po południu w mieście było dość ciepło, słońce powoli wędrowało po niebie na mniej więcej prawą stronę. Na zachód w każdym bądź razie.
  Nie byliśmy tutaj już dwa lata. Tak jakoś wyszło, że dotarcie było wtedy jakoś niemożliwe, nieosiągalne – czasowo, sytuacyjnie. A teraz – trochę wolnego czasu, rozpoczął się długi weekend, wobec tego potrzeba zrobić rozeznanie.
  Mnie, siostrę i psa rodzice wysadzili trochę wcześniej na polnej drodze, aby przejść się z czworonożnym, który podróżą był dość poirytowany oraz bym mogła po drodze sfotografować pewną kapliczkę, o której siostra pamiętała, że się po drodze znajduje.
  To niemożliwe bym po paru krokach była tak dziwnie zmęczona. Tak, dopiero zauważyłyśmy, iż jest duszno, gdy za naszymi plecami doszły nas pomruki nieba. Idzie burza wraz z nami na tę krótką przechadzkę. Przy drewnianej kapliczce z Chrystusem w środku, na tle muru ze smukłych drzewek, na których przytknęła już wiosna zielone listki, zaczęły spadać pierwsze krople.
  Może to ze wzruszenia tak myśmy się wszyscy porozpadali zewnętrznie i wewnętrznie. Dochodząc do działki zastałyśmy ją niczym magiczny ogród z ciemnym drewnianym małym domkiem gdzieś tam w głębi, ledwie widocznym zza ogromnych choinek.
- To nasza działka?!- wykrzyknęła zdumiona siostra, a mój wzrok począł wspinać się po tych wszystkich roślinach, które przerosły mnie już nawet kilkakrotnie przez te kilkanaście lat.
Potężne, wijące się w górę choinki, zaczepiające mnie z boku gałęzie. I te zapachy! Miasto, las przy mieście, absolutnie nie serwuje w swej „karcie dań” takich zapachowych doznań (owszem, zapachy są, lecz smakować ich człowiek z takim zapałem chętny raczej nie jest).

Po raz kolejny odnoszę wrażenie, iż obraz nagle jest elastyczny. Ale w tym momencie wszystko jest większe, to ja jestem mała – mimo, iż minęło tyle czasu. Natura się nie kurczy. Bynajmniej – ona, pozostawiona sama sobie, rozrasta się, a my mimo wszystko pozostajemy wobec niej mali, nic nie znaczący.
  Zaczynają walić pioruny, na niebie rozbłyskują połamane nitki. Gromy uderzają w ziemię, a ta nami potrząsa. Drga nawet serce w piersiach, jak gdyby chciało się wyrwać i uciec.
  Siedzimy na werandzie i spacerujemy myślami. Deszcz wciąż zacina. Tutaj, za miastem, nawet nie trzeba specjalnie ruszać w drogę (ach, to lenistwo!). Wystarczy usiąść, odetchnąć – wszystko spaceruje samo, samo się nakręca. My odpoczywamy. Bo tutaj nie ma od czego uciekać. Nie ma się po co spieszyć. Może jutro będzie ładniejsza pogoda. Wtedy wstaniemy i powędrujemy, zostawiając miasto gdzieś za sobą.

  Wyjeżdżając mijamy znaną od wielu lat restaurację/bar. Dopiero teraz zauważam, iż jeden z napisów tam wiszących brzmi:

PIWO
NAPOJE
LODY
FLAKI.

 

4 Comments

  1. pictureoftoday
    Napisano maj 1, 2008 w 10:13 pm | Permalink

    Wow! Fantastic pic!

  2. Napisano maj 2, 2008 w 12:49 pm | Permalink

    kamila ! ale mnie rozbawiłaś ! mamy chyba identyczne notki pod względem historycznym :). Przez te kapliczki się burze robią ;)!. Pozdrawiam!

  3. Mała Wu
    Napisano maj 2, 2008 w 1:54 pm | Permalink

    Nom…nasza działka to magiczny ogród. Wszystko takie…wielkie i jakby inne.

  4. Napisano maj 2, 2008 w 2:39 pm | Permalink

    [-:

    wieczna burza na świecie.

Wyślij Komentarz

Twój e-mail nie jest nigdy publikowany ani udostępniany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*