PWŚCPSN 10

|
Rodzinna fotografia wykonana w Indiach, na jednej z głównych ulic Dźajpuru. Wykonał Pan Fotograf z Dźajpuru. [od lewej: siostra, mama, ja, tata; arkusz podzielono na dwie części, pozowaliśmy po dwie osoby; fotograf wykonywał je wielkoformatowym aparatem – taki zakurzony na ten przykład widziałam kiedyś w szkole; chemia w aparacie i woda w wiaderkach na chodniku; pod sklepem ściana, na ścianie jakiś materiał – tło]. Jak zwykle słoneczny i nieprawdopodobnie duszny dzień. Tłumy mieszkańców i turystów przedzierających się zatłoczoną ulicą, ściśniętych między wozami, między kurzem, promieniami słońca, hałasem wpadającym w jedno ucho i wylatującym drugim. Minęła właśnie godzina odkąd zaczęliśmy się targować w jednym ze sklepów (w sklepie tym obsługuje nas Nikki – Hindus mówiący zaskakująco płynnie w języku polskim; podobno ma dziewczynę w Warszawie). Po transakcji, rozmowach, uśmiechach, przekonywaniu i innych czynnościach towarzyszących przy zakupach, wychodzimy na zewnątrz, gdzie zostajemy zwerbowane do pozowania (pomysł taty). Fotograf korzysta z zawieszonych pod sklepem tkanin, ogromny aparat na podstawie stoi na chodniku, wiadro z wodą obok. To tutaj ludzie przychodzą zrobić sobie na przykład fotografie do dokumentów (tak to wyglądało). Zapewniano nas, że to nie potrwa długo (-Trzy minuty!). Jak wiadomo, licząc czas od naświetlenia zdjęcia, poprzez wywołanie, płukanie, utrwalenie, późniejsze przekopiowanie z papierowego negatywu znów na papier w celu uzyskania pozytywu, tutaj kolejne wywołanie, płukanie, utrwalanie, wypłukanie i suszenie - cały proces z pewnością trzech minut nie trwa. Czas nam uciekał bardzo szybko, a całe pozowanie i wywoływanie przeciągnęło się do 30 minut (czyli tak, jak być powinno). Ale nic to – najważniejsza jest dobra zabawa i możność podglądnięcia pracy tutejszego fotografa. W trakcie, gdy nasze portrety się wywoływały, fotograf wykonał jeszcze jeden pewnej Hindusce. Nasze poczęto suszyć, wymachując negatywami i pozytywami w powietrzu, później zaś zawinięto je w gazetę. Przyglądając się tym portretom w rzeczywistości, zauważa się niezwykłą miękkość rysowania obiektywu. Ostrość ustawiona jest na twarze (to co najważniejsze tutaj przecież), zaś to co na obrzeżach, pozostaje w onirycznym braku ostrości. Niezwykle frapujący i obezwładniający zapach Indii, aura unosząca się nad ludźmi i w wielu miejscach, światło, słońce, czas, nawet fotografie do dokumentów (oczywiście pomijając z całą pewnością profesjonalne zakłady fotograficzne) – senne, magiczne. Nic tylko się przeprowadzać, jak najszybciej. |