Przeprowadzka!

Wprowadzam trochę zamieszania, ponieważ zmieniam miejsce „zamieszkania”.

Jeśli ktoś chciałby dalej śledzić moje poczynania, zapraszam pod nowy adres:

http://kamilarondo.blogspot.com/

 

(mam nadzieję, że częstotliwość publikowania trochę zwiększy się)

 

Pozdrawiam! :-)

Opublikowano | 2 komentarzy

Obrazki wędrujące

Wszystko w tym podziemnym wręcz antykwariacie osnute jest jednym słowem, którym tak często lubimy się posługiwać, gdy mamy na myśli obraz „mgły”, „półmroku”, „fantastycznych opowieści” itp. – tajemnicą. Wszystko jest tam nią oblane, wydaje mi się nawet, iż bardziej nią, niż szarawym, drażniącym oczy kurzem. Regały, ustawione w trzech rzędach, tworzą między sobą dwa wąskie korytarze, same zaś pną się ku sufitowi. Czasami zdaje mi się, że stoją tam tylko po to, by sufit ów po prostu nie runął na ziemię (choć budynek wcale nie jest taki niedomagający).

Niedawno, usadowiwszy się na wolnym taborecie w jednym z tych małych korytarzy antykwarycznych, pochwyciłam stare wydania Fotografii z lat sześćdziesiątych, a także inne magazyny i albumy fotograficzne. Takie dni, jak tamten, nazywam swoimi dniami magicznymi (można by użyć tutaj słowa „tajemniczymi” również, ale, wiadomo…).  W jednym z albumów z portretami ujrzałam fotografię dzieci kąpiących się w metalowej, dużej misce. Miska ta ustawiona była na trawie, najprawdopodobniej w ogrodzie, nad dziećmi zaś fotograf uchwycił suszącą się białą bieliznę, która w promieniach słońca i w jakości druku pozostawała wręcz białymi plamami. Dzieci na tym obrazie zwrócone były do widza (jak i fotografa w momencie fotografowania) tyłem. W dłoniach trzymały zabawki i dało się wyczuć, iż zajęte są sobą i swoim dziecięcym światem. Fotografia ta zwróciła moją uwagę ze względu na kompozycję, światło i podejście do tematu. Jednak album w całości nie wzbudził we mnie większych uczuć, zatem odłożyłam go na bok (w myśli pozostawiając jeszcze komentarz: „ech, zastanowię się…”). Zaczęłam przeglądać magazyny fotograficzne i po pewnym czasie, ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam kąpiące się dzieci z ogródka ponownie – jednak tym razem zwrócone były do widza przodem. Fotograf nie zmienił swojej pozycji, wciąż obserwował je z tego samego miejsca. Nie pamiętam, czy fotografia ta została nadesłana do magazynu do działu opinii, czy była włączona w prezentację np. konkursową. Nie pamiętam też, jaki czas dzielił obie publikacje. Nie zapisałam tych informacji, nie kupiłam ani albumu, ani magazynu. Pozostało mi tylko wrażenie ruchu dzieci, jakby przeskakiwały  z jednej kartki papieru na drugą, zupełnie niezauważalnie, jak tylko potrafią to dzieci.

xxx

Obraz, na podstawie fotografii Marka Rondo, znaleziony w magazynie; fragment zdjęcia Moniki Filipiuk. [1]

 

Lubię przeglądać magazyny, w których prezentowane są wnętrza domów. Lubię oglądać magazyny architektoniczne i książki z prezentacją architektury. Pewnego wieczoru mama dostarczyła nam stos lektury w tym temacie, zatem przysiadłam do stołu by zapoznać się z wizualną prezentacją.

Przerzucając kolejno strony wychwytywałam interesujące mnie elementy. W pewnym momencie ujrzałam znajomy mi obraz – fotografię mojego taty. W pierwszym momencie myślałam, że została ona skopiowana i wstawiona w fotografię wnętrza. Jednak przyjrzawszy się bliżej dało się zauważyć, iż ten skopiowany obraz fotograficzny jest obrazem malarskim (płótno stojące na sztaludze), który został sfotografowany wraz z wnętrzem, w którym się znajdował. Gdy dokładnie przyjrzy się zdjęciu w magazynie i porówna z odpowiadającą mu wersją fotografii oryginalnej, można zauważyć, iż niektóre jego elementy zostały przestawione; widać także pracę pędzla w rozmalowaniu tła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marek Rondo, bez tytułu, http://www.obiektywni.pl/galeria/fotografia-48904.php

Zabawnie jest spoglądać na reprodukcję oszukującej kopii pewnego obrazu fotograficznego, który wcześniej przekształcił zastaną rzeczywistość przez autora tejże fotografii (oryginalnego obrazu cienia wędrującego po parkingu). To, jak połamany cień cienia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marek Rondo, bez tytułu, http://www.obiektywni.pl/galeria/fotografia-480016.php

xxx

Przypomina mi się pewien cytat z książki Johna Bergera „Sposoby widzenia”, który dotyczy swego rodzaju wędrowania pewnych obrazów:

„Wyjątkowość każdego malowidła składała się niegdyś na wyjątkowość miejsca, w którym się znajdowało. Niekiedy obraz dawał się przemieszczać. Nigdy jednak nie mógł być widziany jednocześnie w dwóch miejscach. Reprodukując obraz, aparat fotograficzny niszczy wyjątkowość jego przedstawienia. W rezultacie znaczenie obrazu się zmienia, czy też, mówiąc bardziej precyzyjnie, podlega zwielokrotnieniu i podziałowi na wiele znaczeń.

Dobrą ilustracją tego procesu jest to, co dzieje się z obrazem pokazywanym na ekranie telewizyjnym. Wkracza on wówczas do domu każdego widza. Zostaje otoczony przez jego tapetę, meble, pamiątki. Wkracza w atmosferę, jaka panuje w jego rodzinie. Staje się przedmiotem rozmowy domowników. Użycza swego znaczenia ich znaczeniu. Równocześnie wkracza do miliona innych domów i w każdym z nich oglądany jest w odmiennym kontekście. Aparat fotograficzny sprawia, że to raczej obraz podróżuje obecnie do widza niż widz do obrazu. W trakcie tych podróży znaczenie obrazu ulega zróżnicowaniu.” [2]

____________________

[1] „Wnętrza”, 2010, nr 2, s. 19.
[2] John Berger, Sposoby widzenia, Fundacja Aletheia, Warszawa 2008, s. 19-20

Opublikowano | Otagowano , , | 4 komentarzy

Mam trzy lata, trzy i pół, głową sięgam tu, kursorem nazywam rzeczy po imieniu. O przestrzeni w fotografii.

Odwiedzając wczorajsze mury uczelni, w których bronili się dyplomanci Fotografii na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, przypomniałam sobie o zaspanym lekko uczuciu fotografowania, chcenia fotografowania, pożądania czynienia obrazów. Myślałam, że przezimuję z tym zapomnieniem w spokoju, pod kołdrą snów o zupełnie innych obszarach mojego świata. Bo przecież jest zima i ogólne uczucie nicniechcenia nie ma zazwyczaj zamiaru nas opuszczać.

Powracam jednak do tej jednej z moich przestrzeni. Myślami i chęcią czynienia. Trochę za sprawą dyplomantów i ich prac, trochę za sprawą samych obron i pytań, i odpowiedzi. Pytania i odpowiedzi padają zawsze i są nieuniknione przy obronie pracy (ku rozpaczy samych broniących się). Kiedy już jest po wszystkim, kiedy emocje opadają, większość pytań ulatuje w zapomnienie. Wczorajszego dnia padło jednak jedno ważne pytanie, które można by zadać każdemu, kto para się fotografią i nie tylko nią. Pytanie, które odnotowałam w pamięci dotyczyło przestrzeni w fotografii.

Czym jest dla ciebie przestrzeń w fotografii?

No właśnie, czym jest dla mnie przestrzeń, czym jest dla mnie fotografia, czy te dwa pojęcia uzupełniają się, czy tworzą coś zupełnie nowego? Przestrzeń w fotografii – czy to jest oddech, czy to jest fotografia krajobrazu, czy to jest zamyślenie, czy to jest czas spędzony nad jednym ujęciem (wykonaniem; odbieraniem)? Czym jest ta przestrzeń? Czy ona dotyczy tego, co widzialne? Czy ona dotyczy tego, co odczuwalne? A może dotyczy i jednego i drugiego.

I z myśleniem tym, niepokojącym mnie, snuję się. Bo czym, czymże jest ta przestrzeń? Na gorąco próbowałam odpowiedzieć sobie wczoraj na to, jak stwierdził jeden z dyplomantów, właściwie trudne pytanie. Pomyślałam – przestrzeń dla mnie, to czerń i biel. To ich, bieli i czerni, światło, które buduje obraz, jak architekt wznosi swoje budowle. Biel pnie się ku górze, czerń pod fundamenty mknie.

Tym dla mnie jest jeden rodzaj przestrzeni w fotografii. Zaglądam do słownika, czytam: 1. ‘to co rozciąga się wokół, nieskończony, nieograniczony obszar trójwymiarowy’; 2. ‘określony obszar trójwymiarowy objęty jakimiś granicami’; 3. ‘rozległy, pusty obszar’; 4. ‘odległość, odstęp między czymś a czymś’ [1]. I zostawiam się na chwilę z tymi myślami, próbując powoli szukać innych jej przestrzeni.

Niepokoić mnie zaczyna ostatnio pewien odruch, kiedy to przeglądam fotografie w Internecie. Rzecz ta wiąże się ściśle z funkcją, która obecna jest na znanym portalu społecznościowym. Daje on możliwość oznaczania na fotografiach osób (lub też oznaczania czegokolwiek jakimkolwiek tekstem – fotografii). Oznaczenie to może przeczytać każdy, kto najedzie kursorem na daną twarz, czy też przedmiot, który wcześniej został opisany przez wstawiającego zdjęcie, lub po prostu przez kogoś (widza), kto chciał coś opisać (każdy ma możliwość „dopisać” coś na zdjęciu). Przeglądam tam zdjęcia znajomych, najeżdżam kursorem najczęściej na twarze i mogę dowiedzieć się, jak mają na imię nieznane mi osoby. Robię to już odruchowo, mimo iż ta informacja właściwie nie jest mi do niczego potrzebna. Czasami napotykam zabawne opisy dołączone do danej sylwetki, lub przedmiotów, czy też miejsc.

Jakiś czas temu oglądając fotografie w jednej z galerii internetowych, zaczęłam odruchowo najeżdżać kursorem na twarze lub na ważne obrazu elementy. Oczywiście żadna informacja nie pojawiła się, a ja odczułam coś na kształt frustracji. Nie kontrolowałam tego zupełnie, ot poczułam się źle, że żadna informacja nie pojawiła się NAGLE, że w ogóle nie mogłam dowiedzieć się, jak ma na imię ta sfotografowana twarz kiedy na nią wskazuję (jak dziecko wskazuje palcem, mówiąc bez wstydu – PATRZ, TO ON!). Trochę mnie to później rozbawiło. Ale sytuacja ta zaczęła się powtarzać – odruchowo najeżdżam kursorem na fotografie, mając nadzieję, że może, że jednak…

Takie są najpewniej konsekwencje przesiadywania przed komputerem (mam nadzieję, że będąc w galerii, w świecie niewirtualnym, nie zacznę mimo wszystko naciskać palcem na powierzchnię fotografii). Przyzwyczajenie? Chęć poszerzenia przestrzeni dwuwymiarowego obrazu? Zwykła żądza posiadania informacji? Choćby pozyskania imienia… Poszerzanie przestrzeni, poszerzanie przestrzeni – odbija mi się echem w głowie. Tak, jak gdyby niewiedza ograniczała mnie, pozostawiała w ramkach obrazu, tylko na powierzchni. A ja chcę więcej i głębiej i dalej. Człowiek nie tylko naznacza własną przestrzeń ale i stara się ją poszerzać, choćby nazywając rzeczy po imieniu. Im więcej nazwiemy, tym większy staje się ten świat. To, co nienazwane, nie istnieje – brzmi znane, powtarzane zdanie.

Mija już prawie rok, odkąd odkryłam w swoich folderach z fotografiami, iż będąc w podróży powtarzam często jeden motyw, przez który przechodzi chyba prawie każdy (jak przez wszystkie tematy-do-przechodzenia w fotografowaniu). To fotografowanie swoich stóp w miejscach, które mnie na tamtą chwilę w jakiś szczególny sposób urzekły. Postanowiłam poskładać te fotografie, z różnych okresów czasu, w małe notatniki, w zapiski o miejscu i przestrzeni, w której się znajdowałam.

Bezludna wyspa na Wiśle (okolice Płocka, Polska) | Port (Gdynia, Polska)

Krótki opis do tego zestawu brzmi tak:

Luźne notatki fotograficzne.

Jakiś czas temu okazało się, że lubię często patrzeć pod nogi w fotografii w swoich wędrówkach.

Prosta i znana forma zaznaczenia swojej obecności na obrazie – nogi.

Miejsca podpisane wciąż jednak pozostają anonimowe w pewien sposób.

Gdzieś w drodze (Indie) | (Nepal)

To oswajanie przestrzeni, która pozostaje anonimowa, mimo podpisu. To mogło być wszędzie i nigdzie. I nawet oznaczenie na wspomnianym wcześniej portalu nie pomoże tym przestrzeniom, ani dwuwymiarowi. Wszystko wciąż, nawet dla mnie, pozostanie niekończącą się abstrakcją. A mimo to z lubością oddaję się fotografowaniu czasami swojego miejsca w świecie.

Przejście dla pieszych (Gdynia, Polska) | Świątynia (Indie)

Muzeum Miasta Gdyni (Gdynia, Polska) | Taras (Gdynia, Polska)

W morzu (Międzyzdroje, Polska) | ul. Tumska (Płock, Polska)

Nad Wisłą (Płock, Polska) | Słuchając organów morskich (Zadar, Chorwacja)

Plaża (Międzyzdroje, Polska) | Pokój (Gdynia, Polska)

Skwer (Gdynia, Polska) | Nad górskim potokiem (Polska)

(Indie) | (Polska)

____________________

[1] Wielki słownik języka polskiego, red. Edward Polański, Krakowskie Wydawnictwo Naukowe, Kraków 2008

Opublikowano | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

O fotografii, której nie chcę oglądać

Obrazy, czy też same fotografie z różnych konfliktów, tragedii, oglądam w tysiącach. Wciąż powracają w kolejnych artykułach, w wiadomościach, w konkursach fotograficznych. Głosy o nasilającej się znieczulicy wciąż słychać – im więcej tych obrazów tragedii oglądamy, tym bardziej stajemy się wobec nich obojętni. O tym pisała również Susan Sontag: „Cierpieć to jedno; żyć z fotograficznym zapisem cierpienia, co niekoniecznie budzi sumienie czy zdolność współczucia – to co innego. Kiedy się już widziało takie zdjęcia, wkroczyło się na drogę, przy której obejrzeć można więcej. Obrazy paraliżują. Obrazy znieczulają. Zdarzenie poznane dzięki fotografii z pewnością stanie się bardziej rzeczywiste niż w przypadku, gdyby takich zdjęć nie oglądano. Wystarczy pomyśleć o wojnie wietnamskiej albo o archipelagu, z którego nie mamy żadnych zdjęć. Z drugiej strony, jeżeli oglądamy zbyt wiele fotografii jakiegoś wydarzenia, zaczynamy traktować je jako coś niemal nierealnego.” [1]

Konkursy przyzwyczaiły nas do słaniających się sylwetek z zapłakanymi twarzami, do rąk okrywających oczy, do martwych ciał śpiących na ziemi, czerwonych plam krwi, czy celowania w kogoś bronią. Przyzwyczaiły nas do krzyku, którego nie słychać, do drgania ziemi, którego nie czuć. Obrazy wyróżnione wiszą cicho w salach wystawowych. Pojawiają się jako ilustracje, nieme komentarze. Są, jak obiekty naznaczone bólem, którego nie można poczuć. Przechodząc obok nich coraz częściej są tylko kolejną fotografią. Zastanawiam się, dlaczego?

Dlaczego coś, co ma odzwierciedlać rzeczywistość, okropne zdarzenia, które działy się i dzieją, nie wzrusza mnie? Może to wina językowego chaosu fotografii, na których zawarto mnóstwo elementów – widzę tłumy ludzi, twarze, gesty, ubrania, krew, rany, ulice, samochody, ogień, budynki – wszystko to w chaosie, który mnie paraliżuje, ale nie dotyczy. Próbuję wyciągnąć z tych fotografii coś, co wyrwie mnie z paraliżu, coś, co potrafi tylko nieruchomy obraz. Nie udaje się prawie nigdy. Czyżby i mnie dopadła ta choroba odbiorcy obrazów?

Kilka miesięcy temu, jak dobrze pamiętam, znalazłam w sieci Internetu fotografię – kolejną z tysiąca tych o tragedii, konflikcie. Nie pamiętam dokładnie, którego konfliktu dotyczyła, z którego miejsca na Ziemi pochodziła. Pamiętam tylko obraz.
Na pierwszym planie zarysowywała się czarna plama, za nią zaś widniał mężczyzna. Jego półprzymknięte oczy i zmarszczki ściągające skórę wokół ust sugerowały krzyk. Ramiona uniesione ku górze trzymały kurczowo czarną plamę z pierwszego planu. Gdzieś za nim ludzie, zarysy, szarości mgliste. I ta czarna plama – kształt przypominający dziecko, niemowlę. Czy było zwęglone? Nie pamiętam. Było już tylko czarną plamą, wspomnieniem i przypomnieniem, kształtem przypominającym. Piktogramem, znakiem. Było tym jednym człowiekiem i wszystkimi tymi, którzy przeminęli.

Przeraża mnie to, jak bardzo powierzchnia fotografii jest płaska.

____________________

[1] Susan Sontag, O fotografii, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1986, s. 24

Opublikowano | Otagowano , , , , , | 4 komentarzy

Na Księżyc i z powrotem

Wydaje mi się, że coraz ciężej mi pisać odręcznie, że komputery, wszelkie udogodnienia techniczne zabierają mi radość z pisania, zabierają mi to, co w pisaniu niezbędne – wolniejsze myślenie, czas na poukładanie zdań, na ponumerowanie akapitów, poprzyklejanie słów i wyrzeźbienie liter. Tylko w podróży, kiedy nie mam przy sobie klawiatury ale notatnik wyposażony w puste karty i długopis w ręce – piszę od siebie, naznaczam. Nie jest to jednak łatwe. Poświęcam więcej czasu na wyrysowanie danych liter kiedy do głowy wciąż napływają nowe myśli, nowe strony do przelania.

Podziwiam arabską kaligrafię, podziwiam kaligrafów. Podziwiam „Ostatnich kaligrafów” – to dokument o ostatniej, ręcznie pisanej gazecie „Musalman” w Azji.

(Opisy w j. angielskim nt. „The last calligraphers” na YouTube i 100hands: http://www.100hands.com/index.php?/film/the-last-calligraphers-2007 )

Pióra i patyki przesuwają się powoli po białej powierzchni, żłobiąc kaniony porywistych rzek w tuszu. Nieznane nam litery żądają wodzenia wzrokiem, wywijania głową. Napisz jaumun, napisz ajna, napisz szukran. Ileż wysiłku trzeba włożyć by te proste słowa uchwycić w ich galopie alfabetycznym! Trzymanie wodzy to nie wszystko, potrzeba świadomego podejścia, prócz samych ćwiczeń rzecz jasna.

Poznać literę powoli w każdym słowie, jak w pierwszych klasach szkoły podstawowej kiedy zapisany świat był abstrakcyjną planetą, na której żyli sami pospieszni dziwacy.

Opublikowano | Otagowano , , , | Dodaj komentarz