Choćbyś zwiedził cały świat i tysiące fotografii poczynił…

Całkiem niedawno to czytałam historię techniki, która nazywa się decoupage (dekupaż, jak piszę). Zaczęło się wszystko od podróżowania, to jest od pootwierania szlaków handlowych do odległego od nas kraju – Chin. Działo się to w XVII w. Do Europy zaczęto sprowadzać różnej maści przedmioty, przyprawy, a wśród tych wszystkich cudów porcelanę i naczynia z laki. W Europie nigdy wcześniej nie widziano takich malowanych naczyń, wzbudziły one zatem zachwyt wśród ludzi, rozpoczynając niezwykłą modę na wszelkie przedmioty w tej technice.
Zawrzało, ponieważ każdy chciał naśladować, więc zaczęto ozdabiać niemal wszystko! W książce wspomniano, iż artyści szkicowali swe projekty, później nanoszone były one na panele, parawany (i licho wie, co jeszcze) i malowane. Ale to nie wystarczało! Moda, to moda, napędza się i rozkręca – szkice wycinano, malowano i naklejano wszędzie, od pudełek zaczynając, na stolikach kończąc. Drewno upstrzone było szkicami. Na dworach technika dekupażu również stała się niezwykle popularna i zagościła w sercach wszystkich dam.
W tym momencie, siedząc wygodnie w fotelu i czytając dalsze słowa, ku zdziwieniu domowników, zaniosłam się donośnym śmiechem, ponieważ dowiedziałam się, że wycinano wszystko, co tylko można było wyciąć.
Wyobraźnia mnie nie oszczędziła i podsunęła obraz zahipnotyzowanych dam dworskich i panienek, które w skupieniu wycinają malutkimi nożyczkami trzymanymi w drobnych, porcelanowych rączkach, wzory i rysunki z książek zostawiając ażurowe stronnice, z serwetek i serwet (codziennych i od święta), z zasłon, które już nie osłonią nic, z sukien, z tapet… wycinają zamaszystymi ruchami kwiatki w ogrodzie, podcinają włosy kłębami, guziki, tną radośnie soczystą trawę przy wejściu głównym, ganiają uporczywie z nożyczkami służbę i wszystkich ludzi, którzy próbują stanąć im na drodze…
Na całe szczęście, to tylko wizja… – pomyślałam, uspokoiłam się i wróciłam do lektury.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy kilka zdań dalej dowiedziałam się, że Maria Antonina i damy jej dworu pocięły nawet dzieła Fragonarda i Bouchera!
Tak tam napisano - aż złapałam się za głowę. Ot, pewnie dla nich takie to były obrazeczki, zatem nic wielkiego pociąć kilka z nich, by przyozdobić swoje pudełko na biżuterię albo parawan, za którym skryć można swoje białe wdzięki.
Prawda to o Marii Antoninie, czy nie – nie wiem. Tekst ów jednak popchnął moje myśli ku znikającym obrazom dalej.
Obrazy znikają fizycznie w różny sposób – są spalane, cięte, zamazywane. Dzisiaj chociażby, wydawać by się mogło, że taka fotografia na przykład utrwali nas na wieki. Zatem w myśl tą utrwalamy się dla dalszych pokoleń, utrwalamy się dokładnie. Czasami utrwalamy się tak, by nie było widać zmarszczek, utrwalamy się ku budzeniu w przyszłości miłych wspomnień (tutaj należy przywołać szereg fotografii zwanych potocznie albumowymi – tych z wakacji, tych z uroczystości, tych z chwil radosnych). A jednak nawet to medium potrafi nam robić psikusy!
Autor nieznany, ferrotyp kupiony na aukcji internetowej w 2009 r.
F e r r o t y p – czym jest?
Ferrotyp to kolodionowy pozytyw, który uzyskujemy na czarnej emaliowanej blaszce. Urodził się w latach pięćdziesiątych XIX w. i stosowany był przez wielu fotografów. Fotografie wykonywane były w różnych formatach – najpierw na czarnych blaszkach, później zaś na lakierowanych na brązowo. Interesującym jest fakt, iż po wprowadzeniu suchej płyty żelatynowej łatwość ich wykonania była większa (były także tańsze) – fotograf mógł w niedługim czasie po wykonaniu fotografii wręczyć ją fotografowanemu. Nic dziwnego, że stały się popularne (1). Zupełnie tak, jak świat oszalał na punkcie np. polaroidów.
Mój ferrotyp ujrzałam na jednej z internetowych aukcji. Z początku przyglądałam mu się z uwagą – smolisty obraz z ledwo wyłaniającą się sylwetką – jednak nie zainteresował mnie na dłuższą chwilę na tyle, aby obserwować przebieg licytacji. Przeszłam kliknięciami do przeglądania „stert” innych ofert, z których każda mogła być ciekawszą. Myśl o smolistym obrazie, na którym z pozoru nic nie ma, nie dawała jednak spokoju, zatem znów kliknęłam na aukcję ferrotypu. Oto zbliżał się nieuchronnie koniec licytacji – o obraz „biły” się dwie osoby. Nagle dziecko w kapelusiku spojrzało gdzieś w przestrzeń pozaekranową, jak duch wyglądający z drugiej strony lustra. Drobne rączki wyłoniły się z cienia, twarz zastygła między rysami. Zawsze czekam kiedy pojawi się napis „do końca pozostało poniżej minuty” – zawsze się udaje. Tak i tym razem.
Wierzę, że to chłopczyk. Blond grzyweczka miękko opada mu na czółko. Widzę biały kołnierzyk i, choć nie widać nóżek, wiem, że tam są małe nogi, na których doczepili pantofelki.
Ferrotypy sprzedawane na aukcjach zazwyczaj nie są tak zniszczone przez czas. Ten prawdopodobnie uległ korozji (?). A może był po prostu źle naświetlony? W każdym bądź razie obraz chłopca praktycznie znikł – czasowo i dwuwymiarowo.
Przypomniał mi się artykuł o znikających obrazach Macieja Kuszeli, który napisał: „Podczas obróbki negatywów stosuję czysto formalne zabiegi fotograficzne. Na ogół są to działania zaplanowane, ale bywają też zupełnie przypadkowe. Za każdym razem dają one rezultaty nieprzewidywalne. Nie ukrywam, że zawsze ciekawi mnie, co z tego wyjdzie:
- gdy świadomie zostawiam substancję wywołującą na filmie, która «wyżera» obraz,
- gdy nieprawidłowo przechowuję negatywy i lęgną się na nich grzyby,
- gdy robię odciski, które zaczynają «działać» wśród elementów obrazu.”(2).
Obrazy Kuszeli są równie mroczne, jak chłopiec z ferrotypu. Te, które okraszają artykuł w „Pozytywie”, przedstawiają biały budynek, który topi się w kawowym powietrzu (kawy czarnej, gęstej, niemal przy dnie fusiastej siekiery). Ledwo wyrasta z ziemi, zaraz zostaje przysypany ciemnością, o ile ciemność może zasypywać przestrzenie swą bytnością. Pozostałe trzy fotografie to wnętrza – wnętrza czegoś, lub wnętrza budynków. Wnętrza wciągające w czerń, wnętrza ledwo zarysowujące się, jak wtedy, gdy stoimy na progu pokoju, w którym jest ciemno. Do środka wpada światło z korytarza, a my nie możemy rozświetlić tamtego pomieszczenia. A tam, tam właśnie, w środku tej dżungli coś skrzypi, coś nie daje nam spokoju, dlatego stoimy na progu tak przestraszeni, jak zaciekawieni. Te wnętrza są, jak ciemne uliczki, jak uliczki Benares przed wschodem słońca, o których pisał Ryszard Kapuściński w swych „Podróżach z Herodotem”: „Dojść do schodów nadrzecznych nie jest łatwo, ponieważ poprzedza je gąszcz wąskich, dusznych i brudnych uliczek, szczelnie zapełnionych żebrakami, którzy poszturchując natarczywie pielgrzymów, jednocześnie podnoszą lament tak straszny, tak przejmujący, że cierpnie skóra.”(3). I mnie też cierpnie skóra, kiedy w nich coś skrzypi, kiedy tam czai się obraz, a ja ledwo mogę go dojrzeć. On znika i pojawia się ledwie. To rodzi niepewność, czuć w tym jakieś niebezpieczeństwo.
Jak to, znikać tak? Jak to – obrazy znikają? Jak to się dzieje, że ludzie znikają? Że znika wszystko? Każdy proces ma swój koniec. Nic nie trwa wiecznie. Każdy wędrowiec przechodzi swoją drogę. Wszystko to takie znane! Jednak wciąż zaskakuje…
Próbka stykówki z mojego zlewu w ciemni.
Właściwie nie przywiązuję wielkiej wagi do opróżniania drugiej części zlewu w mojej ciemni. Wyrzucam tam nieudane próbki, odbitki – stykówki, paski, małe formaciki. Lęgną się tam, żyją w resztkach chemii, wody, mieszają się z powietrzem. Właściwie nie powinnam ich tam trzymać, ponieważ ja wdycham to wszystko, kiedy tam przesiaduję. Powinnam wyrzucać, opróżniać, oczyszczać. Ale, jak już wspominałam, nie przywiązuję wielkiej wagi do takich porządków, więc obrazki tam leżakują. A dzieją się z nimi rzeczy różne, dziwne, magiczne. Odciskają się napisy, naświetlają ponownie obrazy, nakładają warstwy, wyżerają powłoki, jak u Kuszeli. Czasami je wyjmuję i przyglądam się im, co też tam nowego naprodukowały same? Jedne części znikają, inne pojawiają się. Tworzą, tworzą rzeczy niezwykłe, własne. Skoro je wyrzuciłam, zajmują się sobą, nie zważając na mnie, bo też i po co? Kształtują uważnie, w wielogodzinnym procesie, dniami, nocami, tygodniami.
Obrazy pojawiają się i znikają.
* * *
Próbki, stykówki, skrawki z mojego zlewu w ciemni:





Przypisy:
(1) Jeśli ktoś chciałby poczytać o historii ferrotypu, to odsyłam np. do książki: Zenon Harasym, Stare fotografie. Poradnik kolekcjonera, Arkady, Warszawa 2005.
(2) Maciej Kuszela, Znikające obrazy, „Pozytyw”, 2003, nr 8, s. 72.
(3) Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem, Znak, Kraków 2008, s. 28.
Źródła wiedzy:
(1) Maggie Pryce, Decoupage, Wydawnictwo RM, Warszawa 2007.
(2) Zenon Harasym, Stare fotografie. Poradnik kolekcjonera, Arkady, Warszawa 2005.
Dodatki:
(1) Maciej Kuszela: http://www.zpafpoznan.pl/sylwetki/14-kuszela
(2) O wystawie „Miasta i ogrody” Macieja Kuszeli oraz kilka fotografii: http://www.galeriams.pl/wystawa.php?yr=2007&iw=44
4 komentarzy